Sanna

Sanna

Aby wywołać negatyw Polaroida nr 55 potrzebna jest temperatura 20 stopni C. Na przełomie grudnia i stycznia 2000 r. we wsi Sanna w Bieszczadach było – 15 stropni C i śnieg po pas. Świat dookoła spał. Negatywy grzały się na piecu. Rodzina Brossów z ciekawością, ale i pobłażliwym niedowierzaniem, oczekiwała obiecanych zdjęć. – „O! Taką kamierę to ja widziałem 50 lat temu, jak przyjechał fotograf na komunię” – powiedział Krzysztof, gdy rano wyciągnąłem Graphlex’a. W latach 70. Krzysztof był inżynierem – dyrektorem w Hucie Katowice, na początku lat 80. stał się jednym z pierwszych osadników w Bieszczadach. – „Wyjku, a dlaczego ten obraz do góry nogami?” – zapytała 6-letnia Ula, z trudem wypatrując cokolwiek na matówce. – „Ty, ale to pudło naprawdę robi zdjęcia” – nie wierzyła Ewa, od sied- miu lat żona Krzyśka. Tylko 5-letni Krzyś nic nie mówił, o nic nie pytał, lecz przez cały dzień bacznie mi się przyglądał. „Czy ten wujek, co zarzuca na głowę czarną pelerynę i długo patrzy w czarna skrzyn- kę na czarnym statywie, to nie jest jakaś lipa?”. Wątpliwości Krzysia rozwiałem „wyrywając z kasety pierwszy negatyw i po 45 sekundach rozdzierając kopertę?- „Ale czary!” – krzyknął ktoś. Rzeczywi- ście, udało się. Na małym obrazku pojawił się portret całej rodziny przed domem. – „Więcej, więcej” – woła Ula. Wywołujemy dalej. Z przerażeniem uświadamiam so- bie, że zaraz zabraknie głębokich talerzy, w których moczą się negatywy. Przery- wamy wywoływanie i idziemy z Ulą do źródełka. Mróz, kostnieją ręce, ale woda do płukania negatywów znakomita, bo miękka. Płukać trzeba każdy negatyw oddzielnie, więc gdy grubo po północy przypinałem pinezką ostatni negatyw do powały aby wysechł, wszyscy już poszli spać. Następnego dnia mały Krzyś obserwował mnie z dużo mniejszym niedowierzaniem.

Drukuj