Wieczór kawalerski

Wieczór kawalerski

Wieczór kawalerski był prawdziwy. Nie tam żadna sesja dla pism typu „FACE”, „ID”, czy choćby „A4”. Ślub wziąłem tydzień później. Brak aparatu był mniej więcej programowy, na wypadek gdyby miały się zdarzyć rzeczy, o których nie chcielibyśmy pamiętać. A szczególnie ja. Po ślubie.

Urządzenia do rejestracji obrazu otaczają nas zewsząd. Czasem wbrew naszej woli. Kamery komputerowe, kamery w sklepach, w metrze, aparaty cyfrowe czy wreszcie telefony komórkowe z aparatem fotograficznym.

W jakimś momencie pomyślałem jednak – szkoda, że nie ma aparatu. Ktoś wyciągnął telefon – lichej jakości reje- strator rzeczywistości. Potem inni zaczęli wyzwalać telefoniczną migawkę. Na oślep, na zmianę, bezmyślnie. Bezwiednie, wręcz ze zwierzęcym zachwytem nad tym, co się działo, aparat zaczął robić zdjęcia sam. Sam, gdyż tak naprawdę nie pamiętamy, kto je robił. Nie pamiętamy również, co się działo. Film nam się urwał.

I ten aparat-telefon, działający właści- wie bez naszej woli, darowuje nam teraz to, co fotografia może dać najlepszego – świadomość tego, co się wtedy zdarzyło.

Drukuj